piątek, 22 kwietnia 2016

Marcowe popołudnie.

W moim pstrągowym łowiectwie, od czasu do czasu, zdarza się, że mimo  wysiłków schodzę z wody o przysłowiowym kiju. Przeważnie z taką sytuacją spotykałem się na przedwiośniu łowiąc w małych leśnych ciekach, które mimo mojej wiedzy, że pstrągi są, rzeka wyglądała jak by w niej nic nie żyło. Nie pomagało wietrzenie muchowego pudełka, precyzyjne prezentacje rożnych muszek, czy też wymyślna gimnastyka, przy której swoim zachowaniem do złudzenia przypominałem indiańca na wojennej ścieżce. Woda z wyglądu była pusta i całe moje starania były jednym, wielkim niepowodzeniem. Jednocześnie w mojej ponad trzydziestoletniej "kropkomani" nauczyłem się cierpliwości wiedząc, że rzeka może być szczodra i przy odpowiednich okolicznościach potrafi obdarować swoimi skarbami  skrywanymi w najciemniejszych zakątkach nurtu. I tak też było jednego marcowego popołudnia.



W zasadzie nie lubię tego miesiąca w swoich pstrągowych łowach, ale "głód rzeki" był zbyt silny, abym mógł z tego zrezygnować. Jest wolny dzień, więc moje myśli są nad rzeką. Troszkę zbyt późna godzina na pstrągi, ale gdzieś w okolicy dziewiątej decyduję się wyskoczyć nad swoją rzeczkę. Graty do auta i w drogę. Po godzinnej jeździe, z daleka widzę znany mostek. Na mostku lustruję wzrokiem wodę. Jest czysta z herbacianym odcieniem, co nastraja mnie z lekka optymizmem. Za mostkiem kilometr leśnego duktu kończy moją pierwszą część podróży. W pospiechu zakładam wodery, kij w rękę i od lat znaną leśną ścieżką ruszam z buta w górę strumienia Po drodze mijam malownicze,  niezliczone meandry tej leśnej rzeki i po dwóch dobrych kwadransach docieram w końcu w zaplanowane miejsce. Jeszcze kilka chwil na sprawdzenie połączeń linki z przyponem, na końcu którego solidnym węzłem mocuję swoją "cud muszkę". Moja rzeczka, na wytypowanym odcinku, ma swój niepowtarzalny charakter, prawdziwa"dzikuska" Dość wartki nurt, jak ręka rzeźbiarza, przez wieki drąży koryto tworząc przedziwny układ bystrzyn, dołków i podmytych zakrętów. Dopełnieniem tej dzikości są zwaliska jodeł i starych olch, które legły w koryto przegrawszy odwieczną bitwę z naturą. Takie fragmenty rzeki od lat obdarzały  mnie pięknie ubarwionymi "kropkami".  I tym razem, z wielką nadzieją, rynna po rynnie, zwalisko po zwalisku, z muchówką zacząłem swój wędkarski dzień w poszukiwaniu kropkowanych ryb. Po kilku godzinnej sielanki z wędką, mój optymizm i nadzieja pryska jak mydlana bańka.  Rzeka niewdzięcznica,  jak zaklęta. Totalne bezrybie. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę,  że przeszedłem już kawał rzeki, nie widząc przysłowiowego rybiego ogona. Myślami skierowałem swój wzrok na zakończenie muchówki. Może zmiana muszki, może nie jej dzień. Nie, nie, nie daj się zwariować, mówię sam do siebie dochodząc do następnego, obiecującego miejsca. Muszka precyzyjnie ląduje na sam początek, dość leniwej rynny, natychmiast się topiąc pod naporem nurtu. W połowie rynny mam lekkie przytrzymanie, które w pusto zbyt późno zacinam. Ryba czy zaczep?  Poprawiam kilka razy w tym samym miejscu. Wabik zgodnie z nurtem przepływa bez żadnych zakłóceń,  więc była to ryba. Tak, to była ryba. Czuję elektryzującą gotowość. W myślach analizuję sytuację.
Siadam na zwalonym drzewie, łyk kawy i fajka poprawia mi trochę nastrój. Sięgam do kieszeni po telefon, sprawdzam godzinę. Jest już dobrze po południu. Jeszcze ze dwie,  może trzy godziny łowienia. Nad rzeką zrobiło się mglisto i szaro, ucichł całkowicie wiatr, który od rana dość mocno szal zapowiadając zmianę pogody. Zrobiło się cieplej.  W koronach drzew słychać skrzeczące sroki, które niechybnie ogłaszają nadchodzący koniec dnia. W powietrzu czuć wilgoć. Jeszcze łyk kawy i trzeba się brać do łowienia - nie wiele czasu zostało. Przede mną jeszcze kawałek ciekawej rzeki. Chyłkiem podchodzę do któregoś z kolei miejsca,  muszka ląduje w nurcie rzeki, linka przez ułamek czasu spokojnie przesuwa się po wodzie, mam lekkie przytrzymanie, które kwituję zdecydowanym zacięciem. Jest! Pstrąg po kilku małych susach zgrabnie ląduje w podbieraku. Szybka fotka i "kropek" wraca do siebie, do swojej rzeki. Podbudowany bardziej koncentruję się na łowieniu. Przede mną następne dobre miejsce, mucha wpada w ciemny niewielki dołek za jodłowym zwaliskiem, przepływa może metr i mam zdecydowane branie, jest następny. Sytuacja powtarza się w kilku kolejnych rynnach. Rzeka pękła. Pstrągi jak w amoku. Już nawet nie podchodzę do wody na czworaka. Mam wrażenie, że im to nie przeszkadza. Nad rzeką już szarówka i zaczyna kropić. Łowię jeszcze kilka ryb i jak się zaczęło tak się kończy. Kierując się w stronę auta obławiam jeszcze kilka ładnych miejscówek, ale bez efektu. Pstrągi jak na skinienie zaczarowanej różdżki, zniknęły. Pozostała jedynie szumiąca rzeka, spowita wieczornym wilgotnym oparem i od czasu do czasu przypominające o sobie, skrzeczące sroki. 
























Mała moja refleksja.
Od tamtego wyjazdu, odwiedziłem jeszcze kilka razy leśną rzekę.  Raz było dobrze, ale też były dni zwątpienia i musiałem zadowolić się tylko pięknem rzeki. W takich chwilach dość często wracam myślami do wspomnień, kiedy tu, dzięki licznym pstrągom, jako młody człowiek zaczynałem naukę prawdziwego wędkarstwa. Z biegiem lat nabywałem pokory stosując swój dekalog, który przewyższał obowiązujący regulamin. Uczyłem się szacunku do zasad rzeki i jej mieszkańców, co dzisiaj jest, z tego co obserwuję, wielkim dziwactwem.


To jeden z wielu wabików, który ostatnio zdjąłem z zaczepów w tej rzece. Były też i samołówki. Łowca, który łowił taką przynętą świadomie łamał obowiązujący regulamin na wodach P&L. Można zadać pytanie. Czy to tylko jeden grzeszek łowcy?










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz